Ułożył Doga na posłaniu z siana, uklęknął, pochylił głowę i coś wymamrotał, zabrzmiało to jak fragment jednego z amerykańskich psalmów, które znał. Patrzyłem na swojego ojca, na mężczyznę, któremu przyglądałem się przez całe swoje krótkie życie, ale jeszcze nigdy nie widziałem go takiego. W rozsypce.
Kiedy się do nas odwrócił, ciągle był blady, ale wargi przestały mu już drżeć, a spojrzenie odzyskało pełen zdecydowania spokój.
– A teraz my – powiedział.
I tak to się skończyło. Chociaż tata nigdy żadnego z nas nie uderzył, stojący obok mnie Carl cały jakby się skulił. Tata pogładził lufę strzelby.
– Który z was... – Szukał słów, nie przestając głaskać broni. – Który z was pociął mojego psa?
Carl przerażony nie przestawał mrugać. Otworzył usta.
– Carl – odezwałem się. – Ale to ja powiedziałem, że tak trzeba. I że musi to zrobić własnoręcznie.
– Tak? – Tata przeniósł wzrok ze mnie na Carla i z powrotem na mnie. – Moje serce płacze. Płacze i tylko jedno mnie pociesza. Wiecie, co takiego?
Staliśmy w milczeniu, bo gdy tata mówił takim tonem, nie chodziło o to, żebyśmy mu odpowiedzieli.