Wrzesień tego roku należał do wyjątkowo wiosennych. Nie trzeba było kryć się przed słońcem i zajeżdżać klimatyzatora jak w czerwcu ani grzać na maksa jak w listopadzie. Dało się po prostu wyjść na miasto w samej koszulce, usiąść gdzieś przy stoliku, zamówić caffè latte i powiedzieć głośno do kelnerki: „Czemu nie mogłoby tak być przez cały rok?”.
W taki właśnie piękny dzień, około godziny czternastej, wydarzyła się rzecz, która zapewne zbulwersowałaby cały kraj. Rzecz tak okropna, że sprawa małej Madzi z Sosnowca i jej niesławnej matki to przy niej tylko niewinna zabawa przedszkolaka kryminalisty. Widzowie Faktów i Wiadomości, czytelnicy „Wyborczej” i „Rzepy” byliby zdruzgotani, gdyby tylko wiedzieli. Ale nie wiedzieli. I mieli się nigdy nie dowiedzieć.
Przez wrzeszczański Garnizon szła Weronika. Była zwyczajną dziewczyną – raczej ładną niż brzydką, raczej cichą niż głośną. Była przechodniem, czyli przypadkową osobą, która akurat znalazła się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie. Miała przejebane.