Kilkanaście metrów od Weroniki stała para dwudziestokilkulatków. Trzymali się za ręce, więc pewnie byli parą. On wysoki, dobrze uczesany. Ona metr sześćdziesiąt osiem, blond włosy, zielone oczy, kolczyk w nosie. Hipsterzy. Zwracali na siebie uwagę ubiorem, urodą, nonszalancją.
– Hej, przepraszam – zaczął chłopak, podchodząc do Weroniki.
Najpierw zobaczyła jego buty, beżowe adidasy na grubej podeszwie. Z tym że to nie były adidasy, kosztowały sześć czy siedem razy tyle co adidasy i były brzydkie. Takie pozdro–dla–kumatych: mam pieniądze, ale nic dla mnie nie znaczą; obczaj metkę i spierdalaj.
– Hej – odparła lekko speszona (tak jak peszą się ludzie nijacy przy ludziach przebojowych; tak jak powiedziałaby kujonka w liceum, gdyby koleś ze szkolnej drużyny spytał ją, w której sali jest matma).
– Słuchaj, tak się zastanawialiśmy z moją dziewczyną, czy moglibyśmy cię o coś spytać. To taki mały zakład.
– No… spoko.
– Spójrz. Tu jest mnóstwo ludzi. Środek dnia. Bezpieczna dzielnica.
Weronika mimowolnie rozejrzała się dookoła. Nieznajomy miał rację. Ludzie siedzieli przy stolikach, żartowali, śmiali się, jedli. Żadnej nieprzyjemnej twarzy. Żadnych meneli, żadnej patologii.