River Cartwright był młodym człowiekiem średniego wzrostu. Jasnowłosy, o bladej cerze i szarych oczach o spojrzeniu, które często wyrażało wewnętrzne skupienie, z dość ostrym nosem i małym pieprzykiem na górnej wardze. Kiedy się koncentrował, marszczył brwi w taki sposób, że można to było wziąć za wyraz konsternacji. Dziś był ubrany w niebieskie dżinsy i ciemną kurtkę. Jednak gdyby ktoś zapytał go tego ranka o jego wygląd, wspomniałby o swoich włosach. Ostatnio lubił chodzić do tureckiego fryzjera, który obcinał go dość krótko, a potem traktował uszy żywym ogniem. Nie dają człowiekowi żadnego ostrzeżenia, że coś takiego ma się zaraz stać. Po tych zabiegach River wstawał z fotela wyszorowany i wyparzony jak próg drzwi. Nawet teraz w podmuchach przeciągu czuł mrowienie na czubku głowy.
Nie odrywając wzroku od celu, znajdującego się teraz trzydzieści pięć metrów przed nim – a konkretnie: nie odrywając wzroku od jego plecaka – River znów powiedział do guzika:
– Idźcie za nim. Ale utrzymujcie dystans.