Kobieta zerknęła na niego kątem oka, po czym nagle wsadziła kciuk do jego szklanki i przysunęła ją sobie. Wzięła łyk i mu ją oddała.
– Na każdym centymetrze kwadratowym naszych rąk jest mniej więcej tysiąc pięćset bakterii – powiedział Langer, patrząc jej w oczy.
Były duże, z mieszanką pigmentów wywołującą nierównomierne rozmieszczenie barwników w tęczówce. Tak zwane oczy mieszane albo przejściowe. Te były jasne, piwno-zielone. Kołatała w nich nieufność wobec świata, ale także jakieś przekonanie o tym, że ich posiadaczka jest w stanie poradzić sobie ze wszystkim, co zrzuci na nią los.
Jakże złudne.
Piotr przypatrywał się im w milczeniu, wyobrażając sobie, jak ostry sztych noża powoli wygina rogówkę, a potem przebija ją i źrenicę, by przez soczewkę dostać się do ciała szklistego.
– Czyli jesteś jednym z tych? – odezwała się, wyrywając go z zamyślenia.
Nie był jednym z żadnych. Ta kobieta nie miała jednak o tym bladego pojęcia. Nie wiedziała, kogo właśnie do siebie dopuściła.
– To znaczy?
– Tych, którzy zamiast słabymi tekstami na podryw rzucają ciekawostkami? – wyjaśniła.
– To nie ciekawostka, ale fakt.