Piotrek nie odpowiedział. Nowak przypomniał sobie własne dzieciństwo, czasy, gdy z kumplami szalał na rowerach. Znał wtedy każdy kąt od Jeziora Żywieckiego aż po Straconkę, a do rodzinnej wsi mógłby trafić z zawiązanymi oczami. Ile wtedy miał lat? Trzynaście, czternaście? A ten chłopak przecież był starszy, więc jakim cudem zgubił się tak blisko domu? Twierdził, że wyszedł, kiedy w telewizji zaczynały się Wiadomości, czyli o dziewiętnastej trzydzieści, natomiast w barze znalazł się przed dwudziestą pierwszą. W półtorej godziny można przejść około dziesięciu kilometrów, a biorąc poprawkę na deszcz i ciemność, pewnie nawet mniej. Zbyt krótki dystans, by usprawiedliwiał tak całkowitą dezorientację. Coś tu nie grało i nie chodziło wcale o dowcip. Nowak widział już w życiu mnóstwo wygłupiających się szczeniaków i wiedział, że ten akurat jest śmiertelnie poważny. A jeśli grał, to, cholera, zasługiwał na Oscara.
Kurwa mać, pomyślał z rosnącą frustracją. Coś się wydarzyło, coś bardzo złego – niekoniecznie morderstwo, może po prostu poważny wypadek – a on, kręcąc się bez celu jak gówno w przerębli, w żaden sposób nie mógł pomóc.
– Proszę pana? – chłopak odezwał się nieśmiało.
– Tak?