Stanęli w końcu przed rozwidleniem, przy kapliczce, w której smętny drewniany Chrystus mókł, trzymając w dłoniach jeszcze bardziej smętny bukiet sztucznych kwiatów. Jedna droga w prawo, druga w lewo. Obie sprawiały wrażenie trasy raczej dla traktorów czy samochodów terenowych niż dla zwykłego poloneza, ale może tak się tylko wydawało, bo w mętnym żółtoszarym świetle samochodowych reflektorów trudno być czegokolwiek pewnym.
Może.
Spojrzał na Piotrka, a ten pokręcił głową. Po jego policzkach spływały duże dziecięce łzy.
– Nie pamiętam... Mijałem tę kapliczkę, ale nie wiem, czy przyszedłem z prawej, czy z lewej strony. W każdym razie...
– No? – sierżant warknął i młody wcisnął się głębiej w fotel, jakby chciał w nim zniknąć.
– Jesteśmy gdzieś niedaleko, naprawdę...
– Poczekaj tutaj. – Wyjął ze schowka latarkę, a po chwili namysłu też zachomikowanego na czarną godzinę snickersa i rzucił go chłopakowi.