Trafił, choć zajęło mu to nie dziesięć, a prawie dwadzieścia minut. Nie było tu wprawdzie tabliczki z nazwą miejscowości – nie każdy przysiółek taką miał – ale trzy domy stojące przy górskiej drodze nie budziły w nim wątpliwości. Nowak wybrał ten, który sprawiał wrażenie najmniej zaniedbanego, i po raz drugi tego wieczoru pchnął skrzypiącą furtkę. Światło latarki wyłowiło z ciemności zapuszczony ogród i stertę drewna pod ścianą. Ulewa zamieniła się w lekką mżawkę, za to zerwał się wiatr i sierżant dopiero teraz poczuł, jak bardzo jest przemarznięty. Mokre spodnie – ostatnio nieco zbyt ciasne w pasie – kleiły mu się do łydek, w butach chlupotała woda, a za kołnierz mundurowej kurtki spływała właśnie lodowata strużka. Wzdrygnął się, łapiąc jednocześnie oddech; wydychane gwałtownie powietrze pozostawiało świetlistą mgiełkę. Ostatnio miał coraz gorszą kondycję, choć jak na prawie pięćdziesięciolatka i tak wciąż niezłą.