Pomyślał o chłopaku siedzącym grzecznie w aucie – o ile rzeczywiście siedział grzecznie – a przede wszystkim o tym, co czekało na niego za drzwiami tego domu. Za pomocą latarki znalazł dzwonek i wcisnął go do oporu, a kiedy niczego nie usłyszał, uderzył kilka razy w malowane na biało drewno. Klamkę nacisnął trzy sekundy później – zbyt mało czasu, żeby ktokolwiek zdążył odpowiedzieć, jeśli był w środku, ale formalności stało się zadość.
Tak jak się spodziewał, drzwi okazały się otwarte.
Pchnął je i przekroczył próg. Podświadomie oczekiwał stęchłego zapaszku, charakterystycznego dla starych wiejskich chałup, w środku jednak pachniało przyjemnie środkami czystości i jedzeniem. Dla ścisłości: plackami ziemniaczanymi, które Nowak bardzo lubił.
Zapalił światło i wszedł głębiej.
– Halo, jest tu ktoś? Policja!
Nikt nie odpowiedział. Pod nogami przemknął mu szary kształt i sierżant podskoczył nerwowo. Szczur, zdążył pomyśleć, zanim zobaczył, że w pomieszczeniu po lewej schował się tylko mały, chudy kot. Jego łapki pozostawiły na gumowej wykładzinie czerwone ślady. To mogła być farba, ale Nowak nieszczególnie w to wierzył, poszedł więc tam, skąd przybiegło zwierzę.