Dzieciak wyglądał na jakieś piętnaście, szesnaście lat – trochę zbyt młody, by przebywać w barze samotnie o tej porze, zwłaszcza że musiał przecież przyjść tu pieszo, wędrując poboczem drogi w ten paskudny, ciemny i zimny listopadowy wieczór. Włosy miał jasne i ścięte metodą, którą za szkolnych czasów Ostrowskiego nazywano „od garnka”, na policzku rozlewał się podchodzący już pod oko siniak, a lewą rękę trzymał pod przezroczystą foliową peleryną, tak jakby była złamana albo co najmniej zwichnięta. Brudne od błota buty, żałoba za paznokciami prawej dłoni, zgarbiona sylwetka i niepewny wzrok... Ostrowski rejestrował coraz więcej szczegółów, nieuchronnie dochodząc do wniosku, że gówniarz po awanturze z rodzicami nawiał z domu. Dlaczego jednak uciekinier zamiast dżinsów i bluzy z kapturem, czyli standardowego mundurka współczesnej młodzieży, nosił zaprasowane w kancik spodnie i granatowy blezer, spod którego wyzierała koszula z białym kołnierzykiem, tego Ostrowski już nie wiedział.