Problem w tym, że w barze byli teraz już tylko oni dwaj oraz grupa podpitych młodych ludzi, którzy traktowali chłopaka jak powietrze. Jeden z nich potrącił go nawet w drodze do toalety. Nie przeprosił, po prostu szedł dalej, jakby wpadł na krzesło, a młody odsunął się i skulił jeszcze bardziej.
Ostrowski odwrócił wzrok. Idź stąd, powtarzał w duchu. Po prostu stąd idź.
Młodzi ludzie hałasowali przy stoliku, zagłuszając monotonne bębnienie uderzającego o szyby deszczu, a Ostrowskiemu przyszło do głowy pytanie, czy ktokolwiek z nich jest wystarczająco trzeźwy, żeby prowadzić. Nieważne zresztą. To też nie był jego problem.
Chłopak przy barze poruszył się, niepewnie przestępując z nogi na nogę, i w tym momencie Ostrowski popełnił błąd. Uniósł głowę, ich oczy się spotkały i zachęcony młody podszedł bliżej.
– Chcę zjeść hamburgera – powiedział.
– Nie wydajemy o tej porze posiłków – burknął Ostrowski.
– Amerykańskiego hamburgera. Jak w reklamie.
– Słuchaj, młody, to nie McDonald, jasne? Tutaj kończymy pracę o dziewiątej. – Nie była to prawda, ale Ostrowski mógłby się założyć, że chłopak nie zadał sobie trudu przeczytania wiszącej na drzwiach tabliczki.