Dzieciak wyglądał, jakby miał się rozpłakać. Grzebał przez chwilę sprawną ręką w kieszeniach spodni, a potem rzucił na blat garść wymiętych banknotów.
– Mam pieniądze – oznajmił z dziwną mieszaniną hardości i lęku.
Ostrowski popatrzył na znajome twarze: kilka stów z Waryńskim, Kościuszko na pięćsetce i Kopernik na tysiącu. Chryste Panie.
– Jaja sobie robisz? – warknął, teraz już mocno rozeźlony.
Chłopak zamrugał.
– C...co?
To nie jest dowcip, pomyślał Ostrowski. Otaczały go ciepłe kuchenne wyziewy: woń żurku i tłuszczu, w którym smażyły się frytki, kiełbasy z cebulką oraz piwa, a mimo to nagle poczuł pełznący po plecach chłód, jakby znalazł się na zewnątrz, w zacinającym zimnym deszczu.
– Te pieniądze nie są ważne – oznajmił, starając się, żeby jego głos brzmiał spokojnie. – Słyszałeś o czymś takim jak denominacja?
Chłopak jeszcze raz przestąpił z nogi na nogę. Nie odzywał się, ale też najwyraźniej nie miał zamiaru sobie iść. Jego czoło przecinała pionowa bruzda.
Ostrowski pochylił się i zniżył głos.
– Dobra, młody – powiedział, zdobywając się na maksimum dobrej woli. – Zafunduję ci tego hamburgera, jeśli obiecasz, że zjesz, a potem stąd znikniesz. Umowa stoi?