Lato utraconych
Anna Kańtoch — Literatura

– Masz jeszcze sos na brodzie – podpowiedział mu sierżant. Dzieciak wymruczał coś, co brzmiało jak przeprosiny, i sięgnął po drugą serwetkę.

– Teraz mnie pan aresztuje? – zapytał, mnąc ją w kulkę i rzucając na zatłuszczony talerz. Sprawiał wrażenie zawstydzonego bardziej popisem obżarstwa niż wcześniejszym wyznaniem.

– Teraz, synu, znajdziemy twoją matkę. A wcześniej jeszcze powiesz mi, jak ci na imię, żebym wiedział, jak się do ciebie zwracać.

Chłopak milczał. Sierżant zastanawiał się już, czy dzieciak nie jest przypadkiem opóźniony, ale chyba nie. W każdym razie oczy miał bystre. Czujne i bystre.

– No więc?

– Jestem Piotrek, ale...

– Ale co? Masz jakąś ksywkę?

Pokręcił głową.

– Kiedyś chyba nazywałem się inaczej. Nie pamiętam jak.

Nowak westchnął.

– Dobra, zostawmy to na razie. Gdzie mieszkasz?

– W Podkowach.

– To jakaś wieś niedaleko?

– Tak, wieś. Chyba. Niedaleko, ale nie wiem dokładnie gdzie.

– Synu, czy ty w ogóle jesteś czegokolwiek pewien? Na przykład że twoja matka naprawdę nie żyje?

– Tak, mówiłem już panu. Zabiłem ją.

– I nie ćpałeś przedtem niczego?

– Nie, ja... Nie.

– A potem?

– Też nie.