– W porządku. – Nowak odwrócił się w stronę barmana, którego oczy połyskiwały w szparze drzwi prowadzących na zaplecze. – Wie pan, gdzie tu jest wieś Podkowy?
– Nie mam pojęcia.
Świetnie, pomyślał Nowak ze znużeniem. Zapowiadał się rewelacyjny wieczór.
– Dobra, synu, zbieraj się. Poprowadzisz mnie. Chyba że chcesz wcześniej pojechać do lekarza? Masz złamaną rękę?
– Nie, tylko zwichniętą. Nie boli aż tak bardzo.
– W takim razie możemy jechać. Skoro trafiłeś tutaj, to trafisz też z powrotem do domu.
Godzinę później sierżant tracił resztki nadziei. Oblewany lodowatymi strugami polonez podskakiwał na wertepach, a wycieraczki ledwo nadążały z usuwaniem wody. Nowak mógłby się założyć, że zaliczył już każdą większą kałużę w promieniu dwudziestu kilometrów, sporo z nich po kilka razy. Światła samochodu wyławiały z rozedrganego deszczem mroku tabliczki z nazwami miejscowości: Buczkowice, Rybarzowice, Godziszka. Żadnych Podków. Nowak, który większość życia spędził w okolicy Kotliny Żywieckiej, nigdy nie słyszał o takiej miejscowości, a wypytywani przez radio koledzy z posterunku nie potrafili znaleźć jej na mapie.