Wyznam wszelako, żem w owym czasie bynajmniej tak tego nie odczuwał. Leżąc w szpitalnym powozie, jeszcze nie uwięziony, obaczyłem, że mogę na chwilę wydostać się ze szpitalnej skrzyni, czmychnąć, wzniecając małe wiry kurzu, a nawet nadtłuc jeden z wazonów na werandzie. Lecz żonę mą i lekarza tak pochłonęła rozmowa o mym wypadku, że nic nie zauważyli. Nie mogłem tego znieść. Przyznam, że troszkę dałem się ponieść złości, aż psy pierzchły ze skowytem, bom przez nie przeniknął, sen o niedźwiedziu im zsyłając. Wtedym jeszcze tak potrafił! To były czasy! Dziś nie zdołałbym sprawić, żeby psu przyśnił się niedźwiedź, tak jak nie mógłbym zabrać tego oto naszego milczącego młodego przyjaciela na kolację.
(Bo też młodym się zda, nieprawdaż, panie Bevins? Z rysów twarzy? Z postury?)