Szła dalej, do lokalu numer czterdzieści jeden w wysokim, dwunastopiętrowym bloku. Zazwyczaj w takich miejscach woniało zsypem, co przywodziło na myśl czasy raczkowania III RP, dziś jednak czuć było tylko fetor rozkładu. Nie musiała pytać kogokolwiek o kierunek. Gdy minęła zakręt, w korytarzu zobaczyła tłum funkcjonariuszy.
Skinęła do kilku głową, po czym weszła do mieszkania. Nie pofatygowała się, by zasłonić usta i nos – dawno uzmysłowiła sobie, że to odruch tyle bezwarunkowy, ile bezsensowny.
A mimo to ręka drgnęła. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę, że w środku unosił się zapach krwi, kału i uryny. Robactwo zdążyło już pewnie zalęgnąć się w ciele denata, przyspieszając proces rozkładu.
– Co mamy? – zapytała, siląc się na nonszalancki ton.
Nie wyszło to najlepiej, ale wszyscy wokół byli tak skonsternowani, że uszło to ich uwagi. Agnieszka wbiła wzrok w makabryczny widok, jaki rozpościerał się przed jej oczyma. Informacja z centrali nie była przesadzona. Trup wisiał pod sufitem, ale z pewnością nie był to obraz, którego się spodziewała.