Izabela Kiedrowska miała szesnaście lat, gdy urodziła syna. Nie było łatwo, bo nie mogło być – ojciec znikł w okamgnieniu, ona zaś została sama w żelaznym, toksycznym uścisku ze skrajnie konserwatywnymi rodzicami. Ścierała się z nimi, walcząc o prawo do aborcji, na własną rękę poszukiwała lekarzy skłonnych jej dokonać, tonęła w coraz większej desperacji i melancholii i nie było nikogo, kto mógłby rzucić jej koło ratunkowe.
Nie przerwała ciąży. Urodziła syna, a potem było tak, jak jest zawsze – wraz z miłością do dziecka pojawiły się pretensje do siebie, wyrzuty sumienia i mnóstwo innych emocji. Nie miały już jednak wielkiego znaczenia.
Gdy skończyła trzydzieści pięć lat, los odebrał jej dziecko, fatum się dopełniło. Syn znikł pewnej nocy, wracając do domu z jednego z krakowskich klubów.
Sześć lat później odebrała telefon, na który już dawno przestała czekać.
– Halo? – zapytała, zaspana i przepita po nocnej libacji.
– Co jest, kurwa… – mruknął facet leżący obok niej. Nie pamiętała, jak miał na imię. Przyszedł razem z jej znajomymi, tyle wiedziała na pewno, a to już coś. – Która godzina? I czemu tak piździ… – mamrotał gość.