– Jakby co – potwierdziła Kiedrowska, nawet na niego nie spoglądając. Kto wie, może faktycznie się zdzwonią? Trudno było to stwierdzić, gdyż w nocy była naprana jak messerschmitt i ostatnie wyraźne wspomnienie pochodziło chyba z okolic osiemnastej. Być może wymienili się numerami telefonów.
Podniosła wzrok, gdy gość zamykał za sobą drzwi. Zaraz potem usłyszała ożywioną wymianę zdań. Wiedziała, że za moment rozpocznie się cała litania – przykro mi, ze smutkiem muszę poinformować i tak dalej, sranie w banie.
– Więc jest blizna – odezwała się.
– Obawiam się, że…
– Kiedy wyślecie ciało? – zapytała, sama nie wiedząc dlaczego. Był szereg innych kwestii, które interesowały ją bardziej. Dlaczego zniknął, gdzie się podziewał, jak zarabiał na życie, co się wydarzyło. – Jak do tego doszło?
– Na tym etapie śledztwa nie mogę udzielać żadnych informacji – odparła kobieta, tym razem już całkowicie służbowo.
Izabela chciała ostro odpowiedzieć, ale głos uwiązł jej w gardle. Nie wytrzymała i zaniosła się płaczem. Jej syn. Jej rodzony syn. Boże, dlaczego? Za jakie, kurwa, grzechy to wszystko?
Policjantka po drugiej stronie przez chwilę milczała.