Kiedy aspirant Weronika Sowińska wysiadła z samochodu, przeszył ją chłód. Postawiła kołnierz kurtki, roztarła dłonie, a później chuchnęła w nie kilkukrotnie, by szybciej je rozgrzać. Nocną ciszę zakłócały dobiegające z pobliskich podwórek szczekanie psów oraz szmer samochodów pędzących ulicą Warszawską. Policjantka uniosła twarz w stronę nieba i przez chwilę patrzyła w gwiazdy. Myślała o słowach proboszcza z pobliskiej parafii, który zaprzeczył, jakoby Alicja uczestniczyła we mszy o dziesiątej. Podobno zawsze zajmowała miejsce z przodu, więc gdyby przyszła, na pewno by ją zauważył. Zastanawiała się nad tym, gdy uderzenie zatrzaskiwanej klapy bagażnika i kroki kolegi przywołały ją z powrotem przed furtkę prowadzącą do domu Jaroszów.
– Gotowy – oznajmił Łukasz Maćkowiak, rosły policjant, który zarzucił na ramię plecak z ekwipunkiem potrzebnym do zabezpieczenia DNA.
– Miej oczy i uszy szeroko otwarte, okej? – poprosiła Sowińska, omiatając spojrzeniem okna na piętrze.