Ludzie z mgły
Izabela Janiszewska — Literatura

Jaroszowie mieszkali w murowanym, dwupiętrowym domu na niewielkim wzniesieniu przy drodze wiodącej z Sinic do wsi Lipki. Asfaltowy jęzor meandrował tam między polami, mijał tartak, kilka rozrzuconych niedbale posesji i drewnianą kapliczkę z figurą Matki Boskiej. Weronika podniosła rękę, by nacisnąć dzwonek, ale w tym samym momencie drzwi się otworzyły, a Bogdan Jarosz gestem zaprosił funkcjonariuszy do środka.

Jego żonę, która przysiadła na pufie w korytarzu, zastali w dziwnej, nieruchomej pozie. Oparta plecami o ścianę, patrzyła przed siebie niewidzącym wzrokiem. Jej spojrzenie było zamglone, a skóra błyszczała w świetle żarówki, upodabniając kobietę do figury woskowej. Kogoś, kto z zewnątrz wygląda, jakby był żywy, ale w środku jest już martwy.

Ojciec Alicji musiał zauważyć zatroskanie na twarzy policjantki, ponieważ w ułamku sekundy obrócił się w stronę żony, po czym natychmiast do niej doskoczył, przykucnął na podłodze i chwyciwszy ją za ramiona, zapytał:

– Kochanie, nic ci nie jest? – Delikatnie poklepał brudne od rozmazanego makijażu policzki.