Ludzie z mgły
Izabela Janiszewska — Literatura

Urszula zamrugała, jakby właśnie się ocknęła, a potem ścisnęła dłonie męża i zaczęła płakać. Początkowo cicho, niemal nieśmiało, lecz po chwili coraz głośniej i bardziej rozpaczliwie.

– Ja nie wiem, czy dam radę… – wyszeptała, przełykając łzy. – To jest dla mnie za dużo…

Mąż objął ją mocno, pozwalając, by wtuliła twarz w zagłębienie na jego szyi, a policjanci wymienili współczujące spojrzenia.

– Już w porządku. – Jarosz gładził jasne włosy Urszuli, z których zsunęła się klamra do ich upinania. – Jestem przy tobie. Ci państwo przyjechali tu, żeby pomóc nam ją odnaleźć. Wszystko będzie dobrze, zobaczysz.

Sowińska zwarła mocniej szczęki na dźwięk ostatniego zdania. Nie znosiła, gdy ludzie składali takie obietnice. Według niej przypominały pudrowe dropsy podawane zamiast leków na prawdziwe choroby. Stanowiły placebo. Ich działanie było krótko­trwałe i skuteczne tylko wtedy, gdy człowiek pozwalał się oszukiwać. Gdzieś usłyszała, że w życiu istnieją trzy rodzaje kłamstwa. Z głupoty, do których zaliczała także te z wyrachowania, ze strachu i z miłości. Dawanie gwarancji bez pokrycia należało bez wątpienia do ostatniej kategorii.