Staruszka oparta na poduszce w oknie drewnianej chaty nieopodal mostu przeżegnała się na ten widok. Naznaczoną bruzdami twarz ściągnęła trwoga, a jej pomarszczone dłonie zaczęły drżeć. Chwyciła za różaniec. Z wąskich, zapadających się warg wypłynęły słowa modlitwy.
– Ojcze nasz… – szepnęła, po czym urwała nagle z powodu łoskotu za jej plecami.
Zmęczone życiem serce zaczęło galopować w piersi, a płuca przeszyło bolesne ukłucie. Odwróciła się niepewnie, dostrzegając na podłodze kalendarz, który wcześniej wisiał na ścianie. Gwałtownie wciągnęła powietrze, kładąc dłoń na otwartych ustach. Plastikowe okienko służące do oznaczania aktualnej daty pękło, jakby czas miał się zatrzymać tego dnia. Staruszka uniosła rękę, by ponownie wykonać znak krzyża, ale nie zdążyła, ponieważ ból za mostkiem powrócił.
Ostatkiem sił próbowała chwycić się parapetu, ale fala duszności, która ją dopadła, powaliła kobietę na wydeptane linoleum. Nim straciła przytomność, pomyślała, że powinna kogoś powiadomić o postaci znikającej we mgle. Bo choć niewielu rzeczy w życiu była pewna, to wiedziała, że ci, których nakrył mleczny całun, nie wracali już nigdy.
*