Niespodziewane najście zdążyło go już jednak wybić z rytmu i sprawiło, że pogubił się w rachunkach. Przeklął szpetnie, po czym zaczął od nowa, ale nim na dobre się rozkręcił, znów dobiegło go niecierpliwe łomotanie. Wściekły cisnął banknoty do szuflady, warknął pod nosem i ruszył w stronę wyjścia.
Idąc, odruchowo podciągnął rękawy, jakby szykował się na udział w knajpianej burdzie. Kiedy przekręcał klucz w zamku, w jego myślach puchła wiązanka, którą zamierzał zaserwować człowiekowi po drugiej stronie, ale gdy wreszcie z impetem pchnął drzwi, cała zuchwałość wyparowała z niego w ułamku sekundy. Na widok gościa dobijającego się do lokalu zaniemówił.
– Dobry wieczór, panie Witku – przywitał się komisarz Lipski. – Sprawę mam, wpuści mnie pan?
Mężczyzna odsunął się nieznacznie, nerwowo wycierając ręce w ścierkę przewieszoną przez ramię, po czym wymienił z funkcjonariuszem mocny uścisk dłoni.
– Coś się stało, że tak pan po nocy ludzi straszy? Zawału prawie przez pana dostałem.
– No to całe szczęście, że pan nie dostał, bo nie miałbym wtedy z kim pogadać.