Ludzie z mgły
Izabela Janiszewska — Literatura

Policjant wdrapał się na wysoki stołek przy barze, który wydał z siebie przeszywające zgrzytnięcie, a właściciel pizzerii wrócił za ladę, udając obrażonego. Obaj zdawali sobie sprawę, że to tylko teatr, i każdy z nich czerpał z niego przyjemność. Owa inscenizacja umożliwiała bowiem panu Witoldowi złożenie osobie przed kontuarem propozycji, która na dobrą sprawę była czymś bardziej w rodzaju spełniania niewyrażonej prośby.

– To co, po maluchu? – zapytał i nie czekając na odpowiedź, wyciągnął spod lady butelkę wyborowej oraz dwa kieliszki.

Policjant jednak złapał go za rękę.

– Nie dzisiaj. Przyjechałem samochodem.

– A wczoraj było inaczej? – Na twarzy właściciela knajpy wykwitł porozumiewawczy uśmiech, w którym kryła się wspólna, nienazwana głośno tajemnica.

Mężczyzna machnął ręką, jakby chciał powiedzieć: „Przestań się pan wygłupiać”, odsunął dłoń Lipskiego, po czym zdjął nakrętkę z wódki i zbliżył butelkę do kieliszka, ale komisarz stanowczo odstawił naczynie. Mięśnie jego twarzy napięły się, a oczy mu pociemniały.

– Chyba się nie zrozumieliśmy, panie Witku – oznajmił surowym tonem. – Poza tym jakie wczoraj? Wczoraj mnie tu nie było, prawda?