– A tam, od razu „zaczepiali”. Rozmawiali normalnie, jak to młodzi.
– Zna pan ich nazwiska?
– Nie, wiem tylko, że pochodzą z Sokołów. Pracownika mam z tamtych stron i on ich skojarzył – dodał wyjaśniająco. – Dzieciaki takie, pewnie w wieku tej dziewczyny. Może jeden trochę starszy.
Nagle dociekania policjanta na temat minionego wieczoru wzbudziły zainteresowanie pana Witolda. Mężczyzna przerwał wyciąganie szklanek ze zmywarki i splótł przedramiona na klatce piersiowej.
– A co pan tak o tę Jaroszównę dopytuje?
– Wyszła dziś rano z domu i nie wróciła do tej pory.
– O matko… – Właściciel pizzerii upuścił ścierkę i schylił się, żeby ją podnieść.
– To pewnie nic wielkiego, ale jej rodzice się martwią i obiecałem sprawdzić to i owo. To jak, powie mi pan coś więcej o tych chłopakach? Nagabywali ją?
– Chyba niespecjalnie – odparł, miętosząc szmatkę w rękach. – Piwko sobie pili, gadali, śmiali się, ale raczej w swoim towarzystwie. Sprawiali wrażenie, jakby się dawno nie widzieli. Jeden z nich opowiadał, że z wojska na przepustkę wyszedł, bo za chrzestnego miał u kolegi robić.
– Jak w takim razie wylądowali przy tym samym stoliku z Jarosz?
– Córka doktora ich zaprosiła.