– Nie, ale to i tak nic by panu nie dało. Ot, grupka rozgadanych dzieciaków spędzająca czas przy piwie. Normalny widok w każdy piątkowy i sobotni wieczór.
– Da mi pan numer do tego pracownika z Sokołów, który kojarzył tamtych chłopaków?
Mężczyzna zaczął obmacywać się po kieszeniach i po chwili wyjął z jednej z nich komórkę. Szukał długo, jakby z ociąganiem, mamrocząc coś niezrozumiale. Na jego czoło wystąpiły drobne, błyszczące krople potu. W końcu rzucił krótkie „O, jest!” i nagryzmolił na żółtej kartce samoprzylepnej dziewięć cyfr oraz imię Stasiek, po czym wręczył ją policjantowi.
Krzysztof Lipski podziękował. Złożył papierek na pół i wsunął go do wewnętrznej kieszeni kurtki.
– O której wyszli od pana? – dopytał.
– O jedenastej. Tuż przed zamknięciem. Byli jednymi z ostatnich gości.
– Nie doszło między nimi do jakiejś kłótni?
– No gdzie tam. Gadali oczywiście trochę za głośno, w którymś momencie zaczęli nawet przekrzykiwać muzykę, ale uznałem, że to urodziny córki pana doktora, i odpuściłem. W końcu każdy czasem potrzebuje się trochę rozerwać, prawda?
Komisarz Lipski uśmiechnął się kwaśno i pogroził palcem właścicielowi lokalu.
– Nieładnie, panie Witku. Nieładnie.