Ludzie z mgły
Izabela Janiszewska — Literatura

Doskonale znał stwierdzenie, które przed momentem usłyszał. Zwykle to on je wygłaszał, gdy wpadał do Vegas na jednego po długim dniu służby, a niekiedy również w trakcie jej pełnienia. Pan Witold puścił do niego oko, jakby to wszystko było tylko żartem, choć napięcie wyczuwalne między mężczyznami sugerowało coś zgoła odmiennego.

– Niech się pan nie martwi – rzucił restaurator, układając okrągłe podkładki do piwa w plastikowym stojaku z logo Żubra. – Jak to mówią, co się wydarzyło w Vegas, zostaje w Vegas.

Policjant mruknął, a później zeskoczył ze stołka barowego i trzasnąwszy drzwiami, opuścił pizzerię. Mężczyzna za barem zaczekał chwilę i gdy był już pewien, że jego gość odjechał, wybrał numer z listy kontaktów. Przytknął komórkę do ucha, po czym zaczął chodzić tam i z powrotem, jakby wziął sobie za cel wydeptanie dziury w podłodze. Po krótkim czasie, który zdawał się mu wiecznością, w słuchawce coś zatrzeszczało i restaurator usłyszał zaspany głos.

– Pan Witek? Coś się stało?

– Pamiętasz tych młodych, co tu balowali wczoraj z córką doktora Jarosza?

– Tych z Sokołów? No pewnie. Wiem nawet, gdzie mieszkają.

– No to chciałbym, żebyś o nich zapomniał.