Cisza w telefonie była tak dojmująca, że aż bolały od niej uszy. Właściciel pizzerii oddychał ciężko, przewracając w palcach papierową podkładkę do piwa.
– Ale jak to, nie rozumiem… – Chłopak, który odebrał połączenie, sprawiał wrażenie zagubionego.
– A co tu jest do rozumienia? Po prostu jak cię ktoś będzie o nich pytał, to nic nie wiesz, nie znasz się, nie orientujesz się, zarobiony byłeś. Znasz ich tylko z widzenia, nie masz nawet pojęcia, jak się nazywają.
– Ale dlaczego?
– Policja ich szuka, Stasiek – warknął mężczyzna, a podkładka, którą ścisnął, zgięła się wpół i pękła.
– No i co z tego?
– Jak to: co z tego? Pomyśl trochę, człowieku. Sam ich przecież obsługiwałeś. Wiesz, co nam grozi, jak gliny z nimi pogadają?
Chłopak znów milczał przez dłuższy czas.
– Aaa… – powiedział w końcu, jakby wreszcie się obudził. – Nie no, spokojnie, panie Witku, głupi nie jestem, przecież wiadomo, że szefa nie wydam.
– Mnie? A bo to ja za barem wczoraj stałem?
– Ale przecież pan kazał…
– Co kazał? – przerwał mu. – Masz to na piśmie? Ty mi tu lepiej nie podskakuj, tylko trzymaj gębę na kłódkę. Zrozumiano?
– Dobrze, już dobrze. Niech się tak szef nie gorączkuje. Powiem, co trzeba.