Bogdan wędrował niespokojnie wzdłuż okien wychodzących na drogę. Wydawało mu się, że tykanie zegara dochodzące z korytarza staje się głośniejsze z każdą kolejną sekundą i lada moment rozsadzi mu bębenki. Podeszwy jego kapci miarowo uderzały o drewniany parkiet, a deski pod stopami skrzypiały. Każdy z tych dźwięków drażnił Jarosza. Lekarz w napięciu wbijał paznokcie we wnętrza dłoni. W końcu przystanął, oparł łokcie na parapecie i objął czoło zimnymi palcami. Obraz za szybą nie przestawał wirować, dlatego mężczyzna zacisnął mocno powieki, by uspokoić świat rozszalały jak ocean i powstrzymać napływające mdłości.
– Zadzwoń do niej jeszcze raz – rzucił, obrywając uschnięty liść fikusa.
Urszula, która właśnie przesuwała opuszką palca kryształki cukru rozsypane na blacie w kuchni, nawet nie drgnęła. Pogrążona w apatii garbiła się, jej ramiona opadły, a drobna sylwetka sprawiała wrażenie bardziej kruchej niż zwykle.
– Słyszysz, co mówię? – powtórzył Bogdan, kładąc komórkę przed żoną. – Musisz do niej zadzwonić.
– Próbowałam już kilka razy. Wiesz przecież, że ma wyłączony…