Ludzie z mgły
Izabela Janiszewska — Literatura

Doktor Jarosz zamyślił się, uderzając paznokciami o blat, a gdy jego żona wróciła do kuchni ze zmartwioną miną, która najwyraźniej oznaczała, że telefon córki nadal pozostawał wyłączony, oznajmił:

– Musimy iść z tym na policję. Nie ma jej już od wielu godzin. Trzeba zgłosić zaginięcie.

Młodszy brat dziewczyny przygryzł wargę i skinął ojcu głową, dając znać, że go popiera, jednak Urszula pobladła, zapadła się jeszcze bardziej w swoim wątłym ciele, a jej oczy zaszły wilgocią.

– Ale… – bąknęła, z całej siły powstrzymując napływające łzy. – Może jeszcze zaczekajmy? – Patrzyła z nadzieją to na męża, to na syna, jakby nie chciała zaakceptować, że najgorsze już się wydarzyło.

– Czekanie nic nie zmieni – odparł Bogdan. – Nasza córka zaginęła i musimy zacząć jej szukać. Wiesz o tym równie dobrze jak ja.

Żyły na skroniach kobiety pulsowały. Urszula przylgnęła do męża, otaczając jego ciało wiotkimi ramionami. Jej palce kurczowo ścisnęły sweter Jarosza.

– Boję się – wyszeptała, licząc na to, że w odpowiedzi usłyszy coś pokrzepiającego, ale z pobladłych ust Bogdana wypłynęło tylko ciche:

– Ja też.

*

– Pan chyba nie rozumie. Ile razy mam powtarzać to samo? – Poirytowany Jarosz energicznie gestykulował.