Był wysoki, ale miał drobną, ospowatą twarzyczkę susła, przez co wydawał się zezwierzęciały i niebudzący zaufania. Malcolm i Willem przedstawili się i wyjaśnili, że znaleźli się tutaj jako przyjaciele JB. Dean odwdzięczył im się informacją, że jest jednym ze starszych redaktorów pisma, zawiadującym działem sztuki.
– Ach tak – odparł ostrożnie Willem, pilnując się, żeby nie zerknąć na Malcolma, którego reakcjom nie ufał. JB wspominał im, że upatrzył sobie na potencjalną ofiarę szefa działu sztuki: to musiał być ten.
– Widzieliście kiedyś coś podobnego? – spytał Dean, gestem ręki ogarniając prace Arbus.
– Nigdy – przyznał Willem. – Uwielbiam Diane Arbus.
Dean zesztywniał, a jego drobne rysy zbiegły się w centrum twarzy.
– Prawidłowo: DeeAnn.
– Słucham?
– DeeAnn. Jej imię wymawia się DeeAnn.
Ledwo zdołali wyjść z pokoju bez parsknięcia śmiechem.
– DeeAnn! – powtórzył później JB, gdy mu opowiedzieli całą historię. – Chryste! Co za pretensjonalny dupek.
– Przecież to twój pretensjonalny dupek – przypomniał Jude. I od tej pory nigdy nie mówili o Deanie inaczej jak DeeAnn.