„Jak tam któregoś dnia zobaczę Ezrę, to się zabiję”, deklarował za każdym razem JB, na co przyjaciele odpowiadali: „Nie zabijesz się, JB” albo: „Nie przejmuj się, JB, kiedyś tam zawiśniesz”, albo: „Na co ci oni, JB? Znajdź sobie innych protektorów”, a JB odpowiadał kolejno: „Jesteś pewien?”, „Szczerze, kurwa, wątpię”, „Zainwestowałem, kurwa, swój czas, całe trzy kurwa miesiące życia, więc będę się, kurwa, tego trzymał, bo inaczej wszystko, kurwa, na marne jak zawsze”. Jak zawsze oznaczało: szkołę średnią, powrót do Nowego Jorku, projekt Włosy albo życie w ogóle – w zależności od tego, jak nihilistycznie czuł się JB danego dnia.
Nadal biadolił, kiedy doszli do Lispenard Street. Willem, który mieszkał w mieście zaledwie od roku, nigdy nie słyszał o takiej ulicy, uliczce właściwie, długiej na dwie przecznice i biegnącej o jedną przecznicę od Kanału. Zresztą nawet JB, który się wychował na Brooklynie, nigdy nie zetknął się z tą nazwą.