Siedzieli w Pho Viet Huong w Chinatown, gdzie dwa razy w miesiącu umawiali się na obiad. Pho Viet Huong nie był specjalnie dobry – pho była podejrzanie słodka, sok limonkowy mydlany i po każdej wizycie co najmniej jeden z nich czuł się struty – a jednak przychodzili tam, z przyzwyczajenia i z konieczności. W Pho Viet Huong można było zjeść miskę zupy albo kanapkę za pięć dolarów, można też było wybrać danie za osiem do dziesięciu dolarów, ale za to wielką porcję, której połowę dało się zaoszczędzić na następny dzień albo na późniejszą kolację tego samego wieczoru. Tylko Malcolm nigdy nie zjadał całej porcji, ale też nie odkładał połowy na jutro, bo gdy się najadł, odstawiał talerz na środek stołu, żeby Willem i JB – którzy byli wiecznie głodni – dojedli resztę.
– Oczywiście, że nie chcemy mieszkać na rogu Dwudziestej Piątej i Drugiej, JB – odrzekł Willem z anielską cierpliwością – tylko że nie bardzo mamy wybór. Nie mamy pieniędzy, pamiętasz?
– Nie rozumiem, czemu nie zostaniesz tam, gdzie jesteś – powiedział Malcolm, który przesuwał właśnie po talerzu grzyby i tofu.