JB mieszkał na solidnym, zasyfionym strychu w Małej Italii, pełnym dziwnych korytarzy prowadzących do nieużywanych ślepych zaułków o dziwacznych kształtach i półpokoi. Był to niedokończony budynek pokryty sheetrockiem, należący do ich kumpla z college’u. Ezra był artystą, kiepskim, ale on nie musiał być dobry, bo jak mu stale wypominał JB, przez całe życie nie będzie musiał nawet palcem kiwnąć. Nie dość, że sam nie będzie musiał pracować, to jeszcze dzieci dzieci jego dzieci nie będą musiały hańbić się pracą. Mogą przez pokolenia produkować złą, niesprzedającą się, bezwartościową sztukę, a i tak stać ich będzie na najlepsze oleje i niepraktyczne wielkie lofty w centrum Manhattanu, które będą mogli zagracać owocami swoich marnych decyzji architektonicznych. A jak im się znudzi żywot artystów – JB był przekonany, że tak się stanie w przypadku Ezry – wystarczy, że zadzwonią do urzędników zawiadujących ich trustem, a otrzymają ot tak zastrzyk gotówki, sumę tak pokaźną, że trzej przyjaciele (może poza Malcolmem) nie widzieli podobnej na oczy ani nawet nie mogli o tym marzyć.