Markiz
Przemysław Piotrowski — Kryminalne i sensacyjne

Rybak przy­kuc­nął, a z oddali poniósł się grzmot sygnału wypły­wa­ją­cego z portu tan­kowca. Wło­żył palec w tkankę, z któ­rej wysu­nął się skra­wek nie­prze­tra­wio­nej pizzy.

– Boże… – jęk­nął, pusz­cza­jąc kap­tur, wtedy kolejny podmuch zerwał mu nakry­cie głowy, w pełni uka­zu­jąc widok tego, co znaj­do­wało się na rufie. – Nie, nie, nie…

Łodzią zaczęło koły­sać jak pod­czas sztormu. Obraz się roz­mył, pot zalał mu oczy, męż­czy­zna pośli­zgnął się i runął na pokład jak długi. Zapa­dła ciem­ność, a gdy uniósł powieki, dostrzegł zaro­śniętą i wyjąt­kowo szpetną gębę współ­więź­nia.

– Obudź się, bra­chu. Już czas – usły­szał chra­pliwy głos męż­czy­zny, który potrzą­sał nim ener­gicz­nie. – Chyba nie chcesz tu leżeć kolejne dwa­dzie­ścia lat, co?

– Rusz dupę! – Ten głos też znał. Aż za dobrze. Szef straż­ni­ków wię­zie­nia w Sztu­mie był wyjąt­ko­wym skur­wy­sy­nem.

Męż­czy­zna pode­rwał się z pod­łogi, na którą runął z łóżka, śniąc swój odwieczny kosz­mar. Wytarł pot z czoła, wyprę­żył się jak struna i wydął dolną wargę.