Rybak przykucnął, a z oddali poniósł się grzmot sygnału wypływającego z portu tankowca. Włożył palec w tkankę, z której wysunął się skrawek nieprzetrawionej pizzy.
– Boże… – jęknął, puszczając kaptur, wtedy kolejny podmuch zerwał mu nakrycie głowy, w pełni ukazując widok tego, co znajdowało się na rufie. – Nie, nie, nie…
Łodzią zaczęło kołysać jak podczas sztormu. Obraz się rozmył, pot zalał mu oczy, mężczyzna poślizgnął się i runął na pokład jak długi. Zapadła ciemność, a gdy uniósł powieki, dostrzegł zarośniętą i wyjątkowo szpetną gębę współwięźnia.
– Obudź się, brachu. Już czas – usłyszał chrapliwy głos mężczyzny, który potrząsał nim energicznie. – Chyba nie chcesz tu leżeć kolejne dwadzieścia lat, co?
– Rusz dupę! – Ten głos też znał. Aż za dobrze. Szef strażników więzienia w Sztumie był wyjątkowym skurwysynem.
Mężczyzna poderwał się z podłogi, na którą runął z łóżka, śniąc swój odwieczny koszmar. Wytarł pot z czoła, wyprężył się jak struna i wydął dolną wargę.