Gdy zgasły światła, autobus na chwilę zmienił się w podróżujący cień. Później pasażerowie zapalili lampki nad swoimi głowami, rozbłysły błękitne światła z ich laptopów, a dłonie zaciśnięte na iPhone’ach stały się upiornie blade. Dickie wygrzebał telefon z kieszeni, ale nie miał żadnych wiadomości. Nigdy ich nie dostawał. Przewinął listę kontaktów i uderzyło go, że jest tak krótka. Dwa rzędy przed nim agent zwinął gazetę w rulon, wcisnął go między kolana i zawiesił na nim kapelusz. Być może zasnął.
Autobus wyjechał z Reading. Za oknem rozpościerał się ciemny wiejski krajobraz. W pewnej odległości sekwencja wznoszących się czerwonych świateł znaczyła maszt w Didcot, ale chłodnie kominowe nie były widoczne.
W dłoni Dickiego telefon komórkowy był granatem. Dickie pocierał kciukiem klawisze i wyczuł drobną wypustkę na środkowym przycisku, dzięki któremu można było w ciemności obsługiwać klawiaturę. Jednak nikt nie wspomniał jego słów. Dickie był reliktem przeszłości. Świat poszedł do przodu, zresztą, jakie przesłanie miałby po sobie pozostawić Dickie? Że ujrzał twarz z przeszłości i za nią podążał? Kogo by to obeszło? Świat poszedł do przodu. Zostawił go w tyle.