(Berlina, skoro nalegasz. Zoo szpiegów to Berlin w czasach, gdy otwarto klatki i przerażone bandziory wybiegały jak żuki z przewróconej na bok kłody. Co najmniej dwa razy dziennie jakiś spocony, potencjalny agent stał pod drzwiami, twierdząc, że w kartonowej aktówce ma istne skarby: plany obronne, zasięgi pocisków rakietowych, toksyczne tajemnice… A jednak, mimo tak dużej aktywności, nieszczęście wisiało w powietrzu w miejscu świeżo rozwalonego muru berlińskiego; wszyscy mieli zniszczoną przeszłość, ale w przypadku Dickiego to samo spotkało też jego przyszłość. „Dzięki, stary. Obawiam się, że nie mamy nic odpowiedniego do twoich, no, umiejętności… Jaka emerytura?” Więc oczywiście wrócił do Londynu).
Kierowca coś krzyknął, ale Dickie nie usłyszał. Drzwi zamknęły się z sykiem, dwa razy naciśnięto klakson: pożegnanie autobusów, które jeszcze nie odjechały. Dickie rozmasował udo w miejscu dźgnięcia krawędzią walizki albo szpicem parasola; myślał o losie i dziwnych miejscach, w które ów los zabierał. Jak na przykład z ulicy Soho do metra i z powrotem na ulicę; na stację Paddington, do pociągu, a teraz do tego autobusu. Nadal nie wiedział, czy los mu sprzyja, czy wprost przeciwnie.