Odrzucenie przychodziło teraz łatwiej. Dickie słyszał czasem szepty w kuluarach w Soho, a teraz nawet bezużytecznym pracownikom dawano szanse. Służby, podobnie jak wszyscy inni, były sparaliżowane zasadami i przepisami: zwolnij bezużytecznych, a podadzą cię do sądu za dyskryminację. Tak więc służby przenosiły tych bezużytecznych do jakiejś zapomnianej przez Boga przybudówki i zrzucały na nich papierkową robotę; był to rodzaj administracyjnego nękania mającego na celu zmuszenie ich do oddania legitymacji. Nazywano ich kulawymi końmi. Nieudacznikami. Ofiarami losu. Nazywano ich kulawymi końmi i należeli do Jacksona Lamba, którego Dickie spotkał w zoo szpiegów.
Na jego komórce wyświetliło się powiadomienie, ale nie wiadomość; jedynie ostrzeżenie, że bateria jest na wyczerpaniu.
Dickie wiedział, jak to jest. Nie miał nic do powiedzenia. Uwaga słabła i skupiała się na czymś innym. Słychać było szum laptopów i szepty do telefonów, ale Dickie nie miał prawa głosu. Nie miał pola do manewru, z wyjątkiem lekkiego wyprostowania palców. Drobna wypustka na środkowym przycisku klawiatury skrzypiała pod jego kciukiem: skrzyp, skrzyp.