Lecz teraz chętnie poszukałby kawałka wolnego muru i wypalił przy nim papierosa. Tutaj było to niemożliwe, co nie powstrzymało głodu nikotynowego, który szarpał go od środka, ani nie złagodziło niespodziewanego ukłucia w udo, ostrego jak żądło osy, tak realistycznego, że aż zaparło mu dech w piersiach. Złapał się za to miejsce, jego dłoń najpierw otarła się o róg zapomnianej aktówki, a później o nieprzyjemnie śliską i mokrą powierzchnię parasola. Śmiercionośna broń, pomyślał. Pracownicy biurowi noszą śmiercionośną broń.
Tłum poniósł go do przodu, nie pytając o zdanie, i nagle wszystko było w porządku, bo Dickie znowu go dostrzegł. Agent, w kapeluszu osłaniającym łysą głowę, z aktówką wciśniętą pod pachę, stał przy ruchomych schodach prowadzących do przejścia nad torami. Tak więc Dickie, zagoniony na schody przez zmęczonych pasażerów, wyminął ich i na górnym poziomie ukradkiem przesunął się do kąta. Główne wyjście z dworca było po drugiej stronie przejścia. Założył, że wszyscy wybiorą tę właśnie trasę, gdy tylko padną komunikaty o autobusach.