Podróż z przeszkodami, pomyślał Dickie. W tej pracy trzeba podejmować ryzyko – zapomniał, że już nie wykonywał takiej pracy – i ten agent skalkulowałby je przed wyjściem z pociągu; popłynąłby z prądem, nie robił problemów, szedłby dalej swoją drogą, korzystając z danych mu narzędzi. Dokąd miał się udać, tego Dickie nie wiedział. Pociąg zmierzał do Worcester, ale zatrzymywał się na wielu stacjach. Agent mógł wysiąść na dowolnej z nich. Dickie wiedział tylko tyle, że wysiądzie razem z nim.
Teraz pojawiły się autobusy, trzy, wyjeżdżały zza zakrętu. Tłum sprężył się, parł do przodu, agent pożeglował przez zgromadzenie jak lodołamacz torujący drogę przez Arktykę, a Dickie przemknął korytarzem, jaki powstał po jego przejściu. Ktoś wykrzykiwał instrukcje, ale nie miał do tego głosu. Na długo przed końcem został zagłuszony mamrotaniem ludzi, którzy nie słyszeli, co mówił.