Martina, taty Linusa, nie było w dniu, gdy rodził się jego syn. Tuva nie miała o to pretensji, pojechała karetką na porodówkę, gdzie urodziła dwa tygodnie przed terminem. Zdziwiła się dopiero, kiedy Martin nie odwiedził jej w szpitalu, gdzie spędziła kilka dni. Poród odbył się nie bez komplikacji. Tuva była w takiej mgle, że wszystkiego nie pamiętała, tyle tylko że lekarze ciągle robili badania jej i dziecku, zapewniając, że wszystko będzie dobrze. Podobnie jak Martin w lakonicznych esemesach, które jej przysyłał, kiedy jeszcze była w szpitalu. Pisał, że przyjedzie, tylko musi najpierw załatwić kilka spraw. I o ile wspomnienia z porodówki były dość mgliste, to obraz powrotu z dzieckiem do pustego mieszkania był ostry jak brzytwa. Podczas gdy ona rodziła i walczyła o życie ich synka, Martin zabrał swoje rzeczy i zwiał. Widocznie to były te „sprawy do załatwienia”. Od tamtej pory słuch o nim zaginął. Może i dobrze, bo chybaby go zamordowała, gdyby się zjawił.