Espresso jest gotowe akurat w momencie, kiedy w drzwiach niespiesznie staje Daniel z włosami sterczącymi na wszystkie strony. Wraz z nim wpada do środka zimny lutowy powiew, kilku gości wzdryga się ostentacyjnie, ale Daniel tego nie zauważa. Albo się tym nie przejmuje. Że też mogła kiedyś uważać go za dość przystojnego.
– Masz – mówi na tyle zimno, na ile można wyrazić to w trzech głoskach, i podsuwa mu porcelanową filiżaneczkę. – Chyba ci się przyda. Uciekam.
Nie czekając na odpowiedź, Tuva łapie papierowy kubek i wypada na dwór, gdzie śnieg nawet nie zaczął się topić. Nie uważa i wpada na parę kruchych staruszków.
– Przepraszam, pędzę do żłobka i już jestem spóźniona – rzuca, nie patrząc na nich.
– No tak, dzieci potrafią człowieka zadziwić. Bywają bardzo przedsiębiorcze i samodzielne.
Głos jest miły, nie słychać w nim wyrzutów.