Dobiega do schodów prowadzących do metra, gdy nogi się pod nią uginają. Tuva wydaje okrzyk i w ostatniej chwili łapie się poręczy, żeby nie upaść na ziemię. Musiała się potknąć. Nie spieszy jej się aż tak, żeby miała przyjść do żłobka cała posiniaczona.
Próbuje wstać, ale ma wrażenie, jakby w nogach nie miała kości, bo się uginają pod nią. Kręci jej się w głowie. Mdli ją. Jakby miała zemdleć. Tak samo się czuła po lekarstwie w szpitalu. Podczas porodu.
Linus.
Idę.
Chce chwycić poręcz, by wstać, ręce wydają jej się długie na kilometr. Poręcz unosi się wysoko nad jej głową, Tuva nawet nie wie, jak działa taka poręcz. Na samym obrzeżu jej pola widzenia tańczą jakieś ciemne plamy. Nagle świat kręci się w koło i jakiś głosik w środku mówi jej, że spada ze schodów. Zupełnie tego nie czuje.
Pierwsze, co czuje po przebudzeniu, to ból w stawach. Niewygodnie jej. Mlaszcze, chrząka. Ma w ustach suchość i jakby nieznany mdły posmak. Potrzebuje kilku sekund, żeby całkiem oprzytomnieć, i wtedy zdaje sobie sprawę, że nawet nie leży, tylko klęczy lekko pochylona. Ze wszystkich stron naciskają ściany. Również z góry na jej kark.