Jakby znajdowała się w ciasnej skrzyni.
Jak na zły sen ból jest za silny. Ale to przecież nie może być jawa. Nie może. A jednak. Zapach drewna jest aż nazbyt rzeczywisty. Przez wąskie, krótkie szpary wpada światło, tworząc prostokąty na jej nagich rękach i nogach. Nagich… Gdzie jest jej ubranie? Nie ma nie tylko kurtki, ale też bluzy. I dżinsów. Ktoś ją rozebrał. Jest teraz w samej koszulce i majtkach, to nie może być prawda.
Znów mlaszcze. Wciąż ten chemiczny smak. Coś musiało być w tej kawie. Nie zauważyła, kiedy ktoś to dodał, bo była w stresie i wszystko wypiła.
Od przypływu adrenaliny cierpnie jej skóra. Musi się wydostać. Tuva krzyczy i z całej siły napiera na ściany skrzyni. Drewno ugina się, ale nie na tyle, by pęknąć albo żeby skrzynia się otworzyła. Nie może kopać, skoro klęczy, pozostaje tylko walić dłonią w ściany skrzyni, ale są za blisko, żeby mogła się zamachnąć. Nagle po jednej stronie coś zasłania światło. Ktoś tam jest.
– Wypuść mnie! – krzyczy Tuva. – Co ty wyprawiasz?