Sprzedawca pociera wilgotne od potu dłonie o kant lady, nerwowo buja się na piętach, jak to często robią młodzi pracownicy sklepów, kiedy dociera do nich, że przeprawa z klientem wcale nie pójdzie tak szybko, jak początkowo sądzili.
– No więc ten tutaj nie ma klawiatury.
Ove unosi brwi.
– Aha! Żeby trzeba było kupować osobno, tak? I jeszcze płacić SAKRAMENCKIE pieniądze!
Sprzedawca znów pociera dłonie.
– Nie... to znaczy... a więc: ten komputer nie ma klawiatury. Wszystko robi się na monitorze.
Ove kręci głową zrezygnowany, jakby właśnie zobaczył, że sprzedawca liże szybę witryny z lodami.
– Ale ja muszę mieć klawiaturę. Chyba pan to rozumie, co?
Sprzedawca wzdycha głęboko, jak to czynią ludzie odliczający po cichu do dziesięciu.
– Okej. Rozumiem. W takim razie uważam, że to nie jest komputer dla pana. Zamiast tego powinien pan kupić MacBooka.
Wyraz twarzy Ovego zdradza, że chyba nie jest do końca przekonany.
– Makbuka?
Sprzedawca entuzjastycznie kiwa głową, jakby właśnie w rokowaniach nastąpił decydujący przełom.
– Tak.
Ove podejrzliwie marszczy czoło.