– Witaj, Niklasie Stockenbergu. Mamy nadzieję, że byłeś zadowolony z naszych usług w okresie, który teraz dobiegł końca. Zostało ci… czternaście dni… jedna godzina… i… dwanaście minut życia.
Zacisnął dłoń na telefonie, jakby chciał skruszyć go razem z wiadomością. Gardło miał jak zasznurowane. Nie był w stanie odetchnąć. Pokój zawirował, musiał oprzeć się o ścianę, żeby nie upaść.
Z kuchni dobiegł śmiech, córka i jej matka były wyraźnie czymś rozbawione.
Niklas osunął się na kolana. Dobrze, że chodnik w przedpokoju był drogi i gruby, bo zabolałyby, pomyślał. Zacisnął powieki, usiłując się skupić. Wiedział, że ten dzień nadejdzie. Od dawna. Tylko wypierał to. Miał nadzieję, że zostanie oszczędzony.
Przecież to było tak dawno temu.
– Tato, gdzie się podziałeś? – zawołała córka. – Ostrzegam cię, że jeśli się przebierasz w strój Mikołaja, to zadzwonię do gazet.
Opierając się o ścianę, podniósł się powoli, odchrząknął parę razy, starając się nabrać powietrza do płuc, żeby nie trząść się za mocno. I poszedł do kuchni.
Na jego widok obie przestały się śmiać.
– Kto to był? – przestraszyła się córka. – Jesteś blady jak ściana.