Wesseltoft wiedział, że tego trzydziestosiedmioletniego krępego i mocno zbudowanego bruneta o silnie zarysowanej szczęce niedawno spotkała jakaś wielka tragedia[3] i że w miejscu swego stałego zamieszkania – gdzieś w odległej dzielnicy Klein Tschantsch[4] – nie przebywa prawie wcale ze względu na złe wspomnienia. Burdelpapa nie był też zachwycony, że policjant od prawie pół roku wynajmuje u niego pokój na stałe – za pieniądze, nie za informacje. Płacił, owszem, terminowo, a nie awanturował się nigdy, choć pił straceńczo. Jedyne, czego żądał, to codziennie czysta bielizna oraz remedia na kaca – koniak, cygaro i kanapka z Fleischkäse.
I właśnie to chciał mu teraz Burdelpapa dostarczyć. Przed samym wejściem do nędznego pokoiku drogę zastąpił mu Kurt Smolorz i wyciągnął ręce. Kusy mankiet jego niezbyt czystej koszuli odsłonił ukłucia powyżej przegubu. Potężny, rudowłosy mężczyzna nie wyrzekł ani słowa. Nie był nadmiernie rozmowny, a kiedy już mówił, to odznaczał się dziwną manierą – zazwyczaj unikał orzeczeń w zdaniu.