Postawił tacę na stole, przy którym stało jedno krzesło ze złamanym oparciem. Mock na widok koniaku odzyskał władzę w kończynach. Powoli usiadł na łóżku. Miał na sobie tylko skarpety i kalesony. Przylizał włosy. Sapnął ciężko i włożył sobie do ust końcówkę syfonu. Jedną ręką naciskał kurek, drugą machał intensywnie. Smolorz wiedział, co ten gest oznacza: „Mówić, mówić!”.
– Pokój pana nadwachmistrza dzisiaj zwolniony. Wczoraj obietnica od pana nadwachmistrza, że dzisiaj w nocy ten pokój wolny. On bardzo potrzebny Burdelpapie, a wszystkie inne zajęte…
– Komu jest potrzebna ta nora? – Obolały język w ustach Mocka ledwie się obracał.
– Pewnej młodej Żydówce ze Wschodu.
– Ładna ta Ostjüdin?
Oczy nadwachmistrza lekko się zwęziły, a grymas, który pojawił się na jego opuchniętej twarzy, był cieniem uśmiechu.
– Ona nie kurwa – odparł Smolorz. – Ona nie po to, by się kurwić w tym pokoju. Ona nie ma dokąd pójść…
– Ale po co? – wybełkotał Mock. – Po co w ogóle tu przychodzi?
– Wczoraj pańska obietnica. – Głos podwładnego się łamał, jakby ze wzruszenia. – Wczoraj pańska zgoda na to…