Choć czasy sprzyjały rzucaniu klątw, poczciwy krawiec tego nie czynił. Nie przeklinał zatem ani kozaków, którzy w kwietniu 1915 roku po zabójstwie ich oficera oskarżyli o tę śmierć Żydów i kompletnie pijani, zdemolowali sklepy i mieszkania w ubogiej dzielnicy żydowskiej w Brodach, gwałcąc przy tym i potem zabijając córkę właściciela hotelu Bristol. Ani polskich i ukraińskich chłopów, którzy wtargnęli do mieszkań i chałup opuszczonych przez brodzkich Żydów, zajęli je, odpucowali i ani zamierzali się stamtąd wyprowadzić, podsuwając ich dawnym właścicielom pod oczy jakieś sfałszowane rosyjskie akty własności. Nie przeklął też swego bratanka z Wilna, który – zanim uwiódł jego najstarszą córkę i uciekł wraz z nią w głąb Rosji – odmalował przed swoim stryjem miraże godnego życia w Palestynie. Mówił wtedy, że cała nadzieja leży w ruchu syjonistycznym, że należy opuścić ten galicyjski kraj, tak opętany antysemityzmem w czasie wielkiej wojny, i przenieść się do Ziemi Obiecanej, wykorzystując jako stację przesiadkową jakieś cywilizowane niemieckie miasto. Takim miastem, twierdził bratanek, jest Wrocław, leżący najbliżej granicy rosyjsko-niemieckiej.