Kiedy w końcu dotarł zimą 1918 roku do przystanku na drodze do Ziemi Obiecanej, był bliski złamania swej zasady nierzucania klątw. A ich obiektem omal się nie stali jego rodacy, inni Żydzi uciekinierzy ze Wschodu, których nikt nie chciał tutaj, w tym pięknym europejskim mieście, i którzy swe własne upokorzenia odbijali sobie na świeżo przybywających z daleka pobratymcach. Kiedy już pod wrocławskim Dworcem Głównym przepchnął się przez tłum niemieckich wyrostków ciągnących go za pejsy i chałat, którym to elementom żydowskiej aparycji wciąż się nie mogli nadziwić; kiedy już wykaszlał prawie płuca, w których się kłębił swąd z lokomotywy; kiedy w końcu dotarł do pobliskiego hotelu Dwór Hohenzollernów[6], gdzie główną kwaterę mieli przywódcy wileńskich syjonistów Mizrachi, i kiedy właśnie tam pośród śmiechów i poszturchiwań usłyszał, że nie ma już miejsc dla Ostjuden i że ma się wynosić do diabła, wtedy uniósł palec i chciał rzucić klątwę, przed czym powstrzymały go przerażone córki.
– I dobrze, że nikogo nie przekląłem – mówił dzień później. – Bo Bóg czuwał nade mną i poprowadził mnie do dobrego pana Simona Weissbeina.